Nie wiem. Widać blogowanie jest silniejsze ode mnie. A może to blogowy potencjał Londynu, który jest... no właśnie. Piekłem? Niebem? Czyśćcem? Jedno jest pewne, wobec Londynu nie można być obojętnym. Nie mam tu na myśli architektury czy światowego znaczenia tego miasta, lecz życie to wylewające wiadra pomyj, to lśniące pięknymi ogrodami... I ludzi zanurzonych, odurzonych, uzależnionych od tego wszystkiego. Od tego, że nie wiesz, co przyniesie ci następny dzień...
Ja też tego nie wiem, więc piszę. Czytać tego nie trzeba, choć mam nadzieję, że będzie można.
Brick Lane. Niedzielny targ. Ciuchy, tanie gadżety, żarcie i kradzione rowery. Jestem tu dla tych ostatnich. Tu i tam kręcą się typy z rowerami. Udają, że ot tak, przyjechali na nich na targ coś kupić. Obserwują Cię, po jakimś czasie rzucają półgębkiem cenę i idą dalej. Po kilku minutach ten sam rower prowadzony jest przez innego typa. Nowy nabywca? Nie, to kolejny złodziej i nie wykluczone że narkoman obnosi teraz towar. Na pierwszy rzut oka widać, że nie mogą to być właściciele roweru. No bo kto jeździ w zwykłym dresie na rowerze wartym kilka tysięcy złotych (średnio ok. 2000-3000)?
Kupować/nie kupować? Chyba nie, to przecież kradzione. Tylko się napędza machinę kradzieży.
I wtedy pojawia się On. Rower idealny, skrojony wprost na mnie. Przystępuje do targowania, jednak bezskutecznie. Jeszcze chwila i... policjanci w cywilu łapią rower i obnosiciela. Ten ostatni ucieka, lecz rower zostaje w rękach stróżów prawa, którzy go fotografują i wrzucają do sporej furgonetki.
Londyn...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz